Programowanie
Aktualności
Inne



Przyjaciele:
OUTPOST
Submarine
Wasted Studios
Dzień prawdy

Obudziłem się na dźwięk sygnalizatora, który codziennie czuwał nad terminowością czynności wykonywanych w Królestwie. Było to doprawdy bardzo wygodne i pomysłowe. W każdej kwaterze zainstalowano brzęczyk, przypominający o ważnych aspektach życia obywateli. Wiele razy zdarzało mi się zapomnieć o terminie zbiórki żywności czy służbie w spichrzu, i wtedy ratował mnie z opresji ów sygnał ostrzeżenia.

Nie inaczej było i tym razem. Właśnie przemierzałem dzikie i śmiertelnie niebezpieczne Pustkowia w niewiadomym celu, gdy ze snu wyrwał mnie znajomy dźwięk i komunikat: „Obywatel Pron za piętnaście minut ma służbę w spichrzu!”. Wybawienie przyszło w samym środku koszmaru. Ileż to razy słyszałem opowieści naszych dzielnych strażników o niebezpieczeństwach czyhających poza strefą Królestwa. Nie dość, że tereny całkowicie wyjałowione i nieprzydatne do uprawy roślin, to w dodatku zamieszkiwane przez Mutanty. Nagle poczułem ciarki na plecach, gdy przez myśl przeszło mi, że za chwilę we śnie mógłbym natknąć się na takiego Mutanta. Chyba umarłbym ze strachu i dobroczynny brzęczyk już nic by nie wskórał. Brrr...

Cóż, mam dziesięć minut na toaletę i posiłek, a potem idę wypełnić mój życiowy obowiązek, pracując w jedności z innymi obywatelami na rzecz naszego Królestwa, czyli dobro ogólne. Najpierw opluskam się szybko w miednicy z wodą.

Wziąłem miskę i wyszedłem z mojego pokoju do pomieszczenia socjalnego. Na każde siedem komnat mieszkalnych przypadało właśnie jedno takie. Moi sąsiedzi nie zaspali tak jak ja, więc tym razem nie musiałem czekać w kolejce po wodę. Podstawiłem naczynie pod rurkę doprowadzającą wodę i odkorkowałem. Niestety, byłem już tak dalece spóźniony, że woda, zamiast lecieć bystrym strumieniem, kapała z wolna. Na domiar złego spostrzegłem po chwili, że ucieka z dna mojego naczynia wsiąkając szybko w podłoże. „No to po myciu” - zasyczałem cicho, ale po chwili uśmiechnąłem się sam do siebie. Zdaje się... tak, od dwóch miesięcy o nic nie prosiłem, więc nie powinno być problemu by wydano mi nowe naczynie. Cóż, trzeba coś przegryźć i biec na służbę. Wróciłem do mojego lokum, schowałem dziurawe naczynie (może się do czegoś przydać) i chwyciłem soczysty owoc. Wgryzłem się łapczywie w pożywny miąższ i wybiegłem na korytarz.

Całe Królestwo podzielone było kilkoma głównymi korytarzami. Co pewien czas można było skorzystać z poprzecznych łączników, które były węższe i rzadko używane. Spichlerz mieścił się w centrum Królestwa, a pokoje mieszkalne koncentrowały się na około niego tak, że wszystkie przejścia schodziły się właśnie w centrum. Przy spichlerzu mieściły się oczywiście komnaty wielmożnie nam panującego króla Hestora, który poprowadził nas do tak wspaniale zorganizowanego społeczeństwa. To On po rozsypce starej cywilizacji spowodowanej Wielkim Ogniem zebrał nas, ustanowił prawa i obowiązki, zapewniając byt i bezpieczeństwo. Powołał także straż królewską, by pilnowała porządku i egzekwowała prawo.

Pośpiesznie zmierzałem korytarzem ku centrum. Korytarz coraz bardziej się poszerzał, by zaraz za komnatami strażników połączyć się z innymi w jedną wielką salę.

Podszedłem do strażnika sprawdzającego listę obecności. Spojrzał na mnie z lekką pogardą i skinął na znak, że mogę wejść. Zrobiło mi się wstyd. Nie dość, że strażnicy biorą na siebie całą odpowiedzialność za zorganizowanie życia i bezpieczeństwa, to jeszcze taki spóźnialski jak ja psuje mu humor. To prawda, że praca strażnika jest niewdzięczna i mecząca, ale jest też druga strona medalu w postaci większych i świeższych racji żywnościowych. I dobrze. Należy im się za poświęcenie. Ja urodziłem się robotnikiem, ktoś inny strażnikiem. Taka była kolej rzeczy i było to sprawiedliwe.

Do czynności wykonywanych przeze mnie w spichlerzu należały: transport, selekcja albo sprzątanie, zależnie od przypadającej zmiany. Dziś wypadła selekcja. Niezłe zajęcie. Tragarze przynosili świeże dostawy jedzenia, selektor oceniał jakiej klasy jest dany owoc i wkładał go do przegródki królewskiej, strażniczej lub robotniczej, zgodnie z jego jakością.

Wcale nie narzekam by jedzenie robotnicze było złe. Pożywne i zdrowe. Choć jak czasami napatrzyłem się na owoce przypadające na przegródkę królewską to ślinka ciekła. Miały ten swój niepowtarzalny zapach. Czasami zdarzało się, że ktoś miał na wymianę taki owoc, ale trzeba było sporo za niego dać. Kiedyś się skusiłem, oddając zabytkowe błyskotki odziedziczone po moim dziadku. Żelastwo przewalało się bez celu, a tak przynajmniej raz zjadłem sobie po królewsku. Skąd ten owoc pochodził, nie mam pojęcia, lecz po jakimś czasie usłyszałem o zniknięciu tego handlarza. Podobno wbrew prawu oddalił się za granicę za granicę Królestwa, na Pustkowia. Najpewniej zginął.

Właśnie przyszedł pierwszy transport. Odbierz owoc, oceń klasę, włóż w przegródkę... Odbierz, oceń , włóż... Czynności nabrały zwykłego rytmu i pracowało się dość przyjemnie. By czas szybciej mijał zwykle rozmyślałem to o tym, to o owym, czasem o Niej...

Nona miała dziś zmianę w tragarzach. Codziennie wyczekiwałem, aż Ją zobaczę w tłumie zgodnie pracujących, i rozmyślałem o tym, jaka jest piękna. Ech... gdybym tak kiedyś się odważył wykonać chociaż jakiś gest, by wiedziała, że coś do Niej czuję.

Niestety widywałem Nonę jedynie przy pracy w spichlerzu. Mieszkała gdzieś po przeciwnej stronie Królestwa, a odległe prywatne wędrówki były zabronione. Nasz związek wydawał mi się nierealny i już dawno pogodziłem się ze stanem rzeczy. Nawet gdyby mnie zechciała, to nie było innej możliwości spotykania się niż podczas pracy. Każdy był ulokowany w określonej dzielnicy i nie mógł bez specjalnej zgody Króla zmienić miejsca zamieszkania. A i to tylko w szczególnych przypadkach, za zasługi dla Królestwa. Głownie z tych powodów zawsze ochoczo i sumiennie starałem się wykonywać moją pracę.

Odbierz, oceń, włóż... odbierz, oceń, włóż... Wreszcie się pojawiła, niosąc dwa dorodne owoce. Poruszała się tak lekko i dostojnie niczym... Auć!! Poczułem z tyłu silne szczypnięcie a potem miejscowe odrętwienie. Szybko zrozumiałem o co chodzi. Tak się rozmarzyłem, że upuściłem owoc i stałem jak wryty. Pilnujący selektorów strażnik szybko zareagował uderzając mnie po plecach elektrycznym kolcem. Szybko naprawiłem swoją gafę podnosząc podniszczony owoc i kładąc go do przegródki robotników. Strażnik zmierzył mnie jeszcze ponurym wzrokiem i pomaszerował dalej. Pieczenie z tyłu rozlało się po całych plecach; ustępowało bardzo powoli.

Zdecydowanie, nie mogę uznać dzisiejszego dnia za udany. Spóźnienie, a teraz wpadka w pracy. Muszę się wziąć w garść i przestać marzyć. Wiem co się dzieje z osobnikami nieodpowiedzialnymi i działającymi na szkodę ogółu. Słyszałem, że karą jest wygnanie na Pustkowia. Tak czy siak nikt więcej takiego delikwenta nigdy nie widział.

Ja taki nie jestem. Zawsze dobrze wykonuję swoje czynności. Że też dziś musiałem zaliczyć dwie wpadki na raz! Musze się bardziej pilnować.

Z rozmyślań wyrwał mnie ciągły metaliczny sygnał. Oprzytomniałem i zrozumiałem, że to alarm dobiegający ze wszystkich kierunków pomieszczenia. Wszyscy stanęli w osłupieniu nie rozumiejąc sytuacji. Nagle dźwięk ucichł i zabrzmiał głos Króla Hestora oznajmiający o nadciągającym kataklizmie: „Wielki Ogień wraca!!! Ratować dobytek! Zostawić domostwa! Zanieść zapasy do królewskiego skarbca! Słuchać wskazówek straży!”.

Początkowo wszyscy stali nadal na swoich miejscach, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Po chwili korytarzami zaczął wnikać do spichrza dym. Rozpętała się panika. Część robotników rzuciła się do wyjść kierując się do swoich domostw, by zaraz zawrócić pod wpływem elektrycznych kolców. Wszystkie korytarze prócz jednego, biegnącego w dół, były obstawione przez strażników. Nikt nigdy nie widział tego przejścia, ale argument w postaci kolców wystarczył, by w pośpiechu zaczęto przenosić zapasy do skarbca.

Nagle usłyszałem trzask i zaczęły się walić elementy stropu. Rozejrzałem się w poszukiwaniu Nony, ale nigdzie Jej nie dostrzegłem. Tym razem panika dopadła także strażników. Zaczęli ze wściekłością popędzać robotników w kierunku skarbca, zacieśniając krąg. Wtem większa połać stropu zwaliła się prosto w tłum, przygniatając także kilku strażników. Poczułem swoją szansę i ruszyłem w kierunku nie pilnowanego teraz przejścia. Biegłem, ile sił w nogach, słysząc za sobą dudnienie zawalających się korytarzy.

            Udało się, jestem w ogrodzie. Wyrwałem się śmierci lecz inni nie mieli tyle szczęścia.
Rozejrzałem się. Byłem sam, a dym coraz bardziej gęstniał i napełniał ogród. A więc zginę, uduszę się, spalę. W rozpaczy stanął mi przez oczyma obraz Nony, kiedy ostatni raz widziałem Ją w spichlerzu. Teraz moje życie i tak straciło sens, gdy zrozumiałem, że już nigdy więcej Jej nie ujrzę. Mimowolnie ruszyłem w kierunku granicy, by po chwili rzucić się pędem do bram granicznych. Ostatkiem sił otworzyłem wielkie rygle i stanąłem w otwartej bramie. Przede mną rozpościerały się zielone i urodzajne tereny. A wiec to wszystko kłamstwo! Nie ma Pustkowi, nie ma Mutantów! Oszustwo!

Nade mną rozpostarł się ogromny cień. Spojrzałem w górę i zobaczyłem Go. Mutant z wściekłością krzyknął: „Gińcie parszywe robaki!”, po czym opadła na mnie Jego ogromna stopa.

Kamilos 24 czerwiec 2007r.

Publikacja: Reaktor, OUTPOST


      Kopiowanie treści bez zgody autora zabronione.
Gości: 7546   [zaloguj] Grafika: Genetic Freak Kamilos Labs © 2006-2008