”Do wejścia w orbitę
Ziemi pozostało 3 godziny...” - rozległ się monotonny metaliczny
głos płynący z głośnika w kabinie sypialnej. Leżący na pryczy
mężczyzna ożywił się nagle i usiadł rozcierając dłonią
zaspane jeszcze oczy.
Jestem już tak blisko... - pomyślał, a na jego
twarzy pojawiła się mina będąca kombinacją zadowolenia i
ciekawości. Wstał z pryczy, poprawił szybko granatowy kombinezon i
pomaszerował ochoczo do centrum sterowania. Sam statek nie był
duży, typowy SM3-50 skonstruowany z myślą o dalekich, nisko
załogowych podróżach z misją specjalną. Większość
statku zajmowały komory do uzdatniania powietrza i wody oraz komora
napędu atomowo-fotonowego. Sama przestrzeń życiowa ograniczała
się do 2 kabin mieszkalno-sypialnych, pomieszczenia sanitarnego,
siłowni, stołówki oraz centrum sterowania. Centrum
sterowania także było niewielkie ale dobrze urządzone. Aparatura
nawigacyjna i sterownicza pomyślnie ulokowana tak, że wszystko było
pod ręką.
Kosmonauta doskonale znał swój statek - tu się
urodził, wychował i spędził 25 lat swego życia. Był
zaplanowanym trzecim członkiem załogi, a zarazem rodziny na statku.
To wynik programu OLK - Odkrywczych Lotów Kosmicznych -
opracowanego i wdrożonego na Ziemi przez Międzynarodowy Instytut
Lotów Kosmicznych. Program był prawie doskonały - 50 lat
lotu, dwojga młodych kosmonautów będących świeżym
małżeństwem, planowana ciąża, wychowanie i wykształcenie
potomka (koniecznie jedynaka) oraz najnowocześniejszy sprzęt i
aparatura na statku, po to by odbyć długi lot do odległej
galaktyki i zbadać układy słoneczne, planety nadające się do
zaludnienia przez Ziemian. Był to krok zdecydowany i potrzebny w
obliczu narastającej groźby przeludnienia się Globu Ziemskiego.
Niestety lot w nieznane niósł ze sobą i drugą stronę
medalu - niebezpieczeństwa i śmierć. Kosmonauta wiedział to
doskonale, rozsunął kombinezon przy szyi i wziął w palce medalion
przedstawiający na zdjęciu dwojga młodych ludzi, pełnych miłości
i zapału - jego rodziców.
Teraz gdy statek zbliżał się do kresu swej
wyprawy wspomnienia jeszcze raz odżyły w umyśle pilota. Wspominał
te wszystkie lata spędzone na pilnej nauce, opowieści rodziców
o ojczystej Ziemi, wspaniałej rozległej przestrzeni życiowej, o
błękitnych morzach i jeziorach oraz zielonych lasach i łąkach.
Nie zapomniał także jakże ważnej i mocnej szkoły życia, którą
przeszedł podczas gdy rodzice już nie powrócili z wyprawy
badawczej na powierzchni jednej z planet. Miał 16 lat, niby już
dojrzały emocjonalnie i umysłowo, a jednak przeżył to ciężko -
strata bliskich ludzi, jedynych jakich znał we wszechświecie. Ale
teraz w końcu miał spełnić się długo oczekiwany moment w jego
życiu - powrót na ojczystą planetę. Nie znał jej, nie
widział na własne oczy, ale czuł się jej prawowitym Synem,
Ziemianinem. Teraz gdy zakończy się jego długa tułaczka w
kosmosie, dopilnuje by pamięć o jego rodzicach nigdy nie zginęła,
gdyż badania dla których poświęcili swe życie przyniosą
zbawienie dla trapionej globalnym kryzysem ludzkości.
Schował
medalion z powrotem i wziął do ręki po raz chyba setny opasły tom
z aktami, sprawozdaniami, zdjęciami oraz wynikami badań napotkanych
planet z galaktyki Proximy. Przekartkował pobieżnie kilka
pierwszych stron, znał to wszystko na pamięć. Wyprawa odniosła
wielki sukces: 4 planety zdatne do zamieszkania przez ludzi, 2 z nich
bardzo bogate w surowce i minerały. Tak, to ocali ludzkość! -
pomyślał i odłożył w zadumie dokumentację na honorowa półkę.
***
”Wejście w orbitę za 15 minut...” -
znajomy głos wyrwał pilota z zadumy. To już! Dolatuję –
pomyślał i dopadł do iluminatora. Przez kilka minut napawał się
tym pięknym widokiem. Tak, wspaniała... niebieskie morza,
poprzeplatane żółto-brązowymi lądami. Widział właśnie
przed oczyma charakterystyczny układ lądów znany z
opowieści. Wszystko wyglądało wspaniale... tylko jedna rzecz się
nie zgadzała – na lądach miało być sporo zieleni, a z tego co
widział przeważała żółć, brąz i szarość.
Tak, 50 lat kryzysu przeludnienia zrobiło swoje -
pomyślał – wykarczowano zielone lasy, zniszczono łąki szukając
przestrzeni życiowej dla nowych, liczniejszych pokoleń.
”Wejście
w atmosferę za 5 minut... Proszę się przygotować do lądowania.”
Wszystko odbywało się niemal automatycznie. Kosmonauta zapiął się
solidnie w fotelu, sprawdził parametry i wyniki pomiarów:
grawitacja w normie – przełączyć na paliwo ciekłe, atmosfera –
rozrzedzona, choć przyswajalna, pozostałe parametry w porządku.
Podczas lądowania na planecie o sporych rozmiarach,
a co za tym idzie grawitacji trzeba było korzystać z zapasów
paliwa ciekłego, które miało wystarczyć aż do powrotu na
Ziemię. W przestrzeni natomiast SM3-50 wykorzystywał
najnowocześniejszy wówczas napęd plazmowy: mały reaktor
atomowy utrzymywał plazmę w odpowiedniej temperaturze i stanie,
która zaś emanowała miliardami wysokoenergetycznymi fotonów
na sekundę - doskonałymi do ekonomicznego i cichego napędzania
statku oraz całej jego aparatury. Ale gdy w grę wchodziły duże
przeciążenia niezbędna była dodatkowa dawka energii by statek
mógł utrzymać kurs i nie rozbił się podczas lądowania czy
startu.
Statek wpadł w lekkie turbulencje, zbliżając się
powoli do lądu. Z bliska planeta wyglądał jeszcze bardziej
dziwnie. Przeważał krajobraz jakby pustynny i niezamieszkany,
poprzeplatany w kilku miejscach ciemnymi plamami miast. Pilot wybrał
jako punkt lądowania najbliższe duże miasto jakie było w zasięgu
jego pola widzenia. Uruchomił ostatnią procedurę podejścia do
lądowania i wcisnął się głęboko w fotel.
***
Podczas schodzenia na powierzchnię drgania
się nasiliły, a na zewnątrz było widać jedynie tumany kurzu i
piasku. Po chwili łapy statku zanurzyły się w pomarańczowym pyle,
po czym osiadły pewnie. Huk silników osłabł, by za chwilę
zupełnie umilknąć. Pilot jeszcze raz dokonał rutynowego przeglądu
wskazań przyrządów pomiarowych i zakończył procedurę
lądowania. Po kilku minutach kurz opadł osadzając się również
na powierzchni gwiezdnego pojazdu. Kosmonauta rozejrzał się poprzez
szybkę iluminatora w kabinie. Przed nim roztaczała się jałowa
pomarańczowa pustynia, a w oddali majaczyły szare kontury zabudowań
miejskich. Słońce świeciło mocno toteż po chwili mrużąc oczy,
pilot odwrócił wzrok szukając w kabinie czegoś do osłony
wrażliwych na mocne światło oczu. Jedyne co nadawało się to jego
hełm astronauty z ciemną szybką. Przed wysoką temperaturą 35
stopni Celsjusza ochroni go jego lekki szary kombinezon, w który
się przebrał i przygotował do wyjścia.
Zasyczały drzwi śluzy, potem drugie i już był na
zewnątrz schodząc ostrożnie po drabince. Cała sytuacja była
bardzo dziwna, odmienny wygląd planety niż oczekiwany,
niepowodzenie nawiązania połączenia radiowego przez komputer
pokładowy, żadnych dostrzeżonych oznak spodziewania się jego
powrotu, a przecież niesie zbawienie dla Ziemian! Pocieszył się,
że w mieście wszystko na pewno się wyjaśni, zaczerpnął głęboko
powietrza i pomyślał, że wspaniale jest poczuć taką przestrzeń
tylko dla siebie. W końcu ruszył średnim tempem w stronę miasta.
Po godzinie marszu dotarł do pierwszych zabudowań. To co zastał to
rozsypujące się szczątki szarych i osmolonych niegdyś zabudowań.
Teraz wiedział dlaczego miasta wyglądają z góry jak szare
plamy. Coś tu musiało się stać, jakaś straszliwa katastrofa... A
jednak to stało się. Zawsze wierzył w obecność innych
cywilizacji choć nigdy nie spotkał się z tym osobiście to
pamiętał doskonale z zapisków rodziców raporty ze
znalezienia oznak istnienia istot rozumnych na dwóch planetach
w galaktyce Proximy. Ale musiał ktoś przetrwać... chociaż garstka
ludzi. Nie możliwe by dali się tak łatwo poddać eksterminacji
agresorom z kosmosu. Postanowił spenetrować ruiny miasta i poszukać
ocalałych...
***
W centrum miasta było podobnie - mnóstwo
walących się budynków albo osmolonych albo grubo pokrytych
warstwą kurzu i gruzu. Muszę poszukać jakiegoś azylu – pomyślał
astronauta – jakiegoś miejsca gdzie mogłaby się schronić i
przetrwać to piekło jakaś garstka ludzi. Wiedział z literatury,
że kiedyś budowano specjalne schrony właśnie w takim celu. W
takim, jak się wydaje dużym mieście musi jakiś być. Dwie godziny
tułaczki i bezskuteczne poszukiwania żywych istot ludzkich
przyniosły w końcu nadzieję, gdy ujrzał znajomą z książek
pomarańczową tabliczkę z napisem ”Schron Przeciwatomowy” i
strzałką oraz podpisem: ”200m”. W końcu znalazł to czego
szukał - za kolejnym zwałem gruzu było szerokie zejście w dół
pod powierzchnię, a tam wielkie metalowe drzwi. Pchnął mocno...
były otwarte i zaskrzypiały lekko uchylając się na pół
metra, blokując się o jakąś stertę śmieci. Wewnątrz było dość
ciemno, więc zdjął swój hełm i po omacku ruszył wzdłuż
ściany wąskiego korytarza. Gdy w końcu minął kolejne drzwi
znalazł się w dużym pomieszczeniu. Zawołał w czerech językach
jakie znał lecz bez odpowiedzi. Schron wyglądał na opustoszały.
Gdy tak szedł po omacku przypadkiem trafił na przełącznik
generatora prądu. Gdzieniegdzie zapaliły się pojedyncze światła,
ukazując ruinę tego pomieszczenia. Wszędzie walały się sterty
śmieci, a w kącie ujrzał szczątki ludzkich kości. A więc jednak
- pomyślał - Im się nie udało. Tak naprawdę wiedział to od
początku... nikt nie mógł przetrwać najazdu tak potężnej
cywilizacji jaką musieli być agresorzy. Skoro doprowadzili całą
Ziemię do takiego strasznego stanu. Ze złością kopnął
zardzewiałą puszkę, która z łoskotem uderzyła o metalowe
drzwi. Pomyślał o celu jego istnienia i przybycia na ta planetę.
Przecież przywiózł Im wybawienie, przepustkę do nowego
świata! Ale teraz to wszystko wydawało się śmieszne po tym, jak
zobaczył same zgliszcza. Mimowolnie podszedł do drzwi na końcu
schronu i zajrzał tam, choć był pewien, że nie znajdzie tam
nikogo żywego. To pomieszczenie było niewielkie. Na środku stało
biurko, a dookoła stały pordzewiałe i na wpół otwarte
szafki. Widocznie te miejsca były penetrowane przez ostatnich żywych
albo najeźdźców w celu znalezienia wszystkich. Kosmonauta
położył swój hełm na biurku i usiadł na czymś, co kiedyś
pewnie było wygodnym fotelem. Dla zabicia myśli zaczął mimowolnie
otwierać szuflady i drzwiczki - wszystkie skrytki były puste, tylko
w dolnej szufladzie na dnie leżała jakaś teczka. Wyjął ją
ostrożnie i otworzył - nic ciekawego, same świstki – pomyślał
i chciał juz odłożyć, gdy nagle dostrzegł na zdjęciu wycinka z
gazety zdjęcie, które przedstawiało jego rodziców!
Był
to artykuł z 12 września 2020 roku, dzień przed ich odlotem.
Nagłówek brzmiał: ”Pionierska wyprawa małżeńska
programu podboju kosmosu MILK”. Prześledził z zaciekawieniem
tekst, ale było tam tylko napisane o kilkunastu planowanych takich
wypraw najnowocześniejszymi rakietami kosmicznymi i o dacie powrotu
pierwszej w 2070 roku. Sama teczka teraz wzbudziła jego większe
zainteresowanie. Wrócił do dwóch pierwszych ominiętych
wcześniej kartek.
15 luty 2012 rok: ”Boom naukowy!!! Nowe wynalazki
i odkrycia z dziedziny energetyki jądrowej i plazmy.”
23
kwiecień 2016 rok: ”Nowoczesny napęd plazmowy wielkim krokiem do
podboju kosmosu!”
Przekręcił szybko przeczytaną wcześniej
kartkę i czytał dalej.
8 grudzień 2029 rok: ”W obliczu powiększającego
się przeludnienia, przewiduje się, że 90% populacji będzie
pracować fizycznie w fabrykach i kopalniach. Nastąpi ostra selekcja
kandydatów na wysokie stanowiska urzędowe i kierownicze.”
25 maj 2031 rok ”Wielokrotny wzrost poziomu
wykształcenia społeczeństwa wyznacznikiem walki o pozycję w
społeczeństwie.”
16 luty 2034 rok ”Jak grzyby po deszczu powstają
Kombinaty Społeczne – zamknięte organizacje walczące o
obsadzenie prestiżowych stanowisk pracy.”
19 marzec 2036 rok ”Coraz bardziej rośnie
niezadowolenie społeczeństwa. Założenia Komisji Do Spraw
Przeludnienia zakończone fiaskiem!”
23 czerwiec 2037 rok: ”Zamieszki i demonstracje
przeciwko bezsilności władz wobec przejęcia przez członków
Kombinatów Społecznych kluczowych stanowisk dla zarządzania
zasobami kraju.”
3 styczeń 2038 rok: ”Pacyfikacja buntu
niskich warstw społecznych w 10 największych miastach. Pojawienie
się na ulicach nielegalnych ulotek propagandowych.”
Dalej znalazło się kilka ulotek z hasłami: ”Nie
będziemy WAM usługiwać!”, ”Na burżuja!!!”, ”Kombinaty na
Madagaskar!”, ”Precz z lansowaną profesurą!”.
20 grudzień 2039 rok: ”Globalne zamieszki i ich
doraźne pacyfikacje. Użycie broni i gazów bojowych stłumiło
zalążek powstania plebejskiego.”
5 styczeń 2040 rok: ”Nieuniknione użycie broni
masowego rażenia...”
Na tym kończyły się wycinki prasowe. Kosmonauta
zamkną teczkę i położył ją sobie na dłoni jakby ważąc jej
masę. Po chwili powiedział na głos: Czymże jest ciężki
dwukilogramowy wolumin wiedzy i ocalenia wobec tych kilku gramów
zniszczenia?
Kamilos 25.02.2007r.
Publikacja: Reaktor, OUTPOST, Wasteland Rangers
|